Zastanawiająca jest ta cisza. Szczególnie ze strony zawodników. Ale proszę zrozumieć, że oni potrzebują spokojnych dni przed startem – mówi Kamil Dziedzic, trener z Wrocławia. Kadra na mistrzostwa świata do Lenzerheide pojechała... bez wsparcia finansowego związku. To nie pierwszy raz, gdy kluby, trenerzy czy kolarze musieli dokładać się do wyjazdu. PZKol nie ma w tym momencie pieniędzy. Trwa w patowej sytuacji, którą trudno będzie przełamać.
Poprzedni sezon, mimo problemów, przebiegł mniej więcej zgodnie z założeniami. Kadra wyjeżdżała na zgrupowania i zawody. W kasie Polskiego Związku Kolarstwa pieniędzy zaczęło jednak brakować. Już na lipcowe młodzieżowe mistrzostwa Europy kolarze pojechali z własnych środków. Na stronie związku pojawił się wówczas oficjalny komunikat, że te zostaną zwrócone niezwłocznie po tym, jak do kasy wpłyną pieniądze z ministerstwa.
– Po wielokrotnym wysyłaniu mailem faktur, dostałem informację z biura związku, że muszę dostarczyć oryginały. Spodziewam się, że jak je dostarczę, to po prostu słuch po tym wszystkim zaginie – mówi Dziedzic. Jest jedną z wielu osób, które tracą nadzieje, że zainwestowane pieniądze zostaną zwrócone.
O ile przed MME był komunikat na stronie związku, o tyle przed mistrzostwami świata nic takiego się nie pojawiło. – Te pieniądze na 99 procent nie będą zwrócone – twierdzi Kornel Osicki, trener reprezentacji w kolarstwie górskim. Wyjazd bardziej doświadczonym zawodnikom zapewnił ministerialny fundusz. – Nie było środków ze strony PZKol. Jest za to wsparcie z programu dla kolarstwa MTB, toru i szosy, który obsługują kluby. Te osoby, które są na mistrzostwach świata wzięły środki właśnie z tego programu – tłumaczy Waldemar Cebula, dyrektor sportowy związku.
Wspomniany program, choć w tym przypadku po części uratował sytuację, nie był przeznaczony na tego typu wydatki. – Pierwotnie nie można było jechać z tego programu na imprezę mistrzowską. Po pismach z klubów ministerstwo zgodziło się, żeby przesunąć środki i sfinansować wyjazd – wskazuje Osicki.
Juniorzy w wyjątkowo trudnej sytuacji
W gorszej sytuacji znaleźli się juniorzy, którzy nie są objęci wspomnianym programem. – Nasza grupa, trzech juniorów i jedna juniorka, pojechali na własny koszt – przy pomocy Dolnośląskiego Związku Kolarskiego i Dolnośląskiej Federacji Sportu – tłumaczy Dziedzic. – Piotr Kryński wraz z trenerem podjęli decyzję, że jeśli nie ma możliwości przygotowań, to w ogóle nie jadą. Pierwszoroczny junior, bardzo obiecujący, nie dostał szansy na to, żeby pokazać się na arenie międzynarodowej. To dość smutne – dodaje.
Okazuje się, że pieniądze za wyjazdy trzeba było zakładać już wcześniej. – Założyłem pieniądze na wyścig w Czechach oraz zgrupowanie. Później nie byłem już w stanie. Zaczęło się odwoływanie akcji. Już na mistrzostwach Europy było ryzyko fiaska. Ale wtedy jeszcze środowisko było bardzo zmotywowane. Gdy dowiedziałem się, że zawodnicy jadą na własny koszt, ja powiedziałem, że zrobię to samo – mówi Osicki. Jak sam zaznacza ma szczęście, że jest trenerem także w klubie i nie musi polegać na pensji związkowej. PZKol także tutaj ma zaległości.
Jak wygrywać bez przygotowań?
– Chcieliśmy, żeby młodzi zawodnicy pojechali na te mistrzostwa, bo inaczej zapadnie się w ogóle szkolenie. Bo nie będzie zawodników, ani motywacji do startowania – mówi Dziedzic. We wspomnianej sytuacji trudno jednak nie tylko o znalezienie środków na sam wyjazd, ale także na… przygotowanie.
Na zgrupowaniu we włoskim Livigno było zaledwie kilkoro kolarzy. – Juniorzy i młodzieżowcy mieli w planie dwa starty przed mistrzostwami świata. Najpierw na Węgrzech, później zgrupowanie w Livigno i kolejny wyścig w Bazylei – zdradza trener kadry. Ostatecznie akcję trzeba było odwołać, co znacznie wpłynie na wyniki osiągane przez Polaków. Tegoroczne mistrzostwa świata są rozgrywane na wysokości, przez co bez odpowiedniego przygotowania nie ma co liczyć na miejsce w czołówce.
Reprezentacja? "Istnieje tylko teoretycznie"
Na mistrzostwach świata Polska nie wystawiła sztafety. Straciliśmy w ten sposób szansę na zdobycie ważnych punktów do rankingu olimpijskiego, od którego będzie zależało ilu kolarzy wyślemy do Tokio. – Zawsze na mistrzostwach świata Polska była dość wysoko w sztafecie, dzięki czemu wpadały dodatkowe punkty – mówi Dziedzic, nie kryjąc rozgoryczenia zaistniałą sytuacją.
Wiele do życzenia pozostawia także... sposób poinformowanie ich o sytuacji. – Od końca lipca nie było żadnej informacji o tym, co się dzieje. W ostatniej chwili, 18 sierpnia, gdy trzeba było już jechać na zawody, przyszedł mail, że wyjazdu nie będzie – kontynuuje wrocławski szkoleniowiec. – Tyle dobrego, że zawodnicy zostali w ogóle zgłoszeni do startu. Choć związek istnieje chyba tylko formalnie, ktoś w nim jeszcze pracuje – dodaje.
Problemy nie tylko MTB
– Mam wrażenie, że MTB jest odstawione na boczny tor. Przecież w innych konkurencjach odbywają się wyjazdy na juniorskie mistrzostwa, mistrzostwa Europy, jak choćby te w Glasgow. Skoro nie ma pieniędzy, to bardzo zagadkowe jest to, jak inne grupy pojechały – stawia zarzuty Dziedzic. – Nie jest tak – broni Cebula. – Każda dyscyplina ma te same relacje. Był wyjazd na MME w kolarstwie szosowym do Czech. Też nie było pieniędzy na hotel. Wyłożyłem pieniądze z własnych środków. Zapłaciłem przeszło 30 tysięcy za wszystkie ekipy. Można było odnieść wrażenie, że szosowcy mają więcej, ale tak nie jest. To były moje prywatne środki – tłumaczy.
Często własne pieniądze wykładają także trenerzy. – Na początku lipca założyłem za wyjazd juniorów i młodzieżowców, chcąc zachować płynność przygotowań do mistrzostw Europy. Dzięki jednemu ze sponsorów prywatnych mogliśmy wtedy udać się na zgrupowanie dla tych kategorii wiekowych – mówi trener Osicki. Jak wiemy, ciągłości nie udało się zachować. Wszystko przez patową sytuację, w jakiej znalazł się związek.

Patowa sytuacja i ogromne zadłużenie
– Z poprzedniego roku wyszło ogromne zadłużenie. Poza tym środki zostały wydatkowane niewłaściwie. Na przykład te, które miały iść na zawody, poszły na zakup sprzętu. To niezgodne z prawem. Sprawę trzeba wyregulować pismami, ale też zwrotem środków do ministerstwa. Związek nie ma w tej chwili sponsorów i jest zadłużony. Jesteśmy w sytuacji patowej. Nie dostaniemy dotacji, jeśli nie uregulujemy zobowiązań, ale nie mamy pieniędzy, żeby je spłacić – tłumaczy Cebula.
To stąd wzięły się obecne problemy. Polski Związek Kolarstwa jest zadłużony, co trudno będzie zmienić. Przynajmniej dopóki nie stanie się wiarygodny dla sponsorów. – Poprzez wyniki, jakie osiągnęli nasi kolarze, uzyskaliśmy status "złotej ósemki". Jesteśmy wśród dyscyplin, które miały być uhonorowane wsparciem spółek skarbu państwa. Mając takiego sponsora można byłoby wybrnąć w jakiś sposób. Tymczasem tak się nie stało – zauważa dyrektor sportowy. Nie tylko państwowe, ale także prywatne spółki nie chcą być jednak wiązane ze związkiem, w którym jeszcze do niedawna wykrywane były kolejne afery. – To błędne koło – przyznaje.
W momencie, gdy nie ma sponsora, pieniądze na kolarstwo przeznacza ministerstwo sportu. Dlaczego więc tym razem ich zabrakło? – Każdy związek musi wypełnić specjalne wnioski i spełnić szereg warunków. Te pieniądze są przeznaczone ściśle na konkretne akcje, czy są to wyścigi czy zgrupowania. Według tego harmonogramu realizuje się te akcje. Żeby mieć pieniądze, program musi być podpisany – mówi Cebula.
Dokumenty jednak… nie zostały jeszcze odpowiednio złożone. Stąd pustki w kasie. – 5 września zebrał się zarząd. Byli na nim przedstawiciele ministerstwa. Padły deklaracje i zobowiązania, że musimy przygotować konkretne dokumenty. Wtedy pieniądze zostaną przekazane. Czasu jest niewiele, mistrzostwa w kolarstwie szosowym są za dwa tygodnie. Wszystko jest teraz w gestii prezesa i wiceprezesów – dodaje.
Wyczekiwanie na przelewy
Pieniądze są potrzebne nie tylko po to, aby zapewnić przyszłe wyjazdy, ale także, aby uregulować już powstałe długi – nie tylko wobec wierzycieli, ale przede wszystkim wobec tych, którzy zakładali własne pieniądze na wyjazdy w tym sezonie. – Pieniądze zostaną zwrócone, gdy zostaną podpisane wspomniane programy. W momencie, kiedy program zostanie uruchomiony, a pieniądze przyjdą na konto, to sukcesywnie wszystkim będziemy zwracać pieniądze – mówi Cebula. Nie padają jednak żadne konkretne daty.
– Kiedy będą te pieniądze? – dopytujemy.
– Po zebraniu zarządu mamy zapewnienie, że gdy uregulujemy te sprawy, w ciągu 2-3 dni ministerstwo zrobi przelew – odpowiada dyrektor sportowy.
– Uregulowanie spraw oznacza spłatę zadłużenia?
– Nie, bo tego nie da się zrobić. Potrzebujemy po prostu mieć na piśmie od każdego wierzyciela, że nie wystąpią w tej chwili z roszczeniami – objaśnia.
Takie działanie doprowadzi jednak po raz kolejny do zamknięcia błędnego koła. Pozyskane pieniądze przeznaczone zostaną na pokrycie części zobowiązań. Nie wpłynie to w żaden sposób na wiarygodność PZKol, który cały czas będzie tonął w długach. Pożyczka, która pozwala spłacić… poprzednią pożyczkę? Tak można działać na krótką metę. Tymczasem patowa sytuacja w związku trwa. Nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie miała się rozstrzygnąć. Na zaistniałej sytuacji cierpią przede wszystkim zawodnicy, którzy nie są w stanie przygotować się do startów. Prawdopodobnie już w najbliższym czasie odczuje to całe polskie kolarstwo. Jeśli pat utrzyma się, znacznie stracimy na miejscach na igrzyskach w Tokio.
Komentarze
Prześlij komentarz